sobota, 16 marca 2013

Tatrzańskie narty

Przygoda z nartami zaczęła się w moim życiu kilka lat temu. Zaczęła się od rzucania kijkami na stoku i rzewnych łez będących wynikiem totalnego braku zrozumienia o co tak naprawdę chodzi w tym sporcie. Przyznaję, że błędem było nieskorzystanie z profesjonalnego instruktora. Dziś, kiedy mam przyjemność zasięgnąć rady takowego, wszystkie błędy narciarskiej młodości zostają nazwane i wyartykułowane, ale do zmian człowiek przecież nieskory. Niemniej jednak co roku kilka dni spędzam na świeżym powietrzu ubrana w cuda techniki pozwalające zachować ciepłotę ciała i rozpędzam się nieco by poczuć w nozdrzach pęd powietrza i odrobinę adrenaliny.
Z polskich doświadczeń narciarskich w tym roku mogę śmiało polecić rejon Tatr. Ponieważ dla Wrocławianki ten rejon Polski jest wyprawą o 400 km na wschód więc gdyby nie okazja to pewnie moja narta nigdy by tam nie stanęła. Tak się składa, że warunki górskie pozwalają na szusowanie spokojnie jeszcze w marcu. Mikroklimat sprzyja. Polecam Kotelnicę po Polskiej stronie Tatr. Tras zjazdowych jest kilka, nie są najkrótsze, da się rozpędzić. Większość to trasy łatwe i przyjemne, szerokie z licznymi grupkami z instruktorem na przedzie. W tym resorcie na szczyt wwiozą kanapy, w tym jedna grzana z pomarańczowym pleksi dla ochrony przed wiatrem. Jest też orczyk czy dwa. Na szczycie jak i u stóp knajpy, gdzie można się posilić i wypić coś dla ciała lub dla ducha. Obowiązuje tutaj jeden karnet na pięć miejsc.